czwartek, 25 lipca 2013

Gra w unity 3d - ciąg dalszy.

Witajcie!

     Moja gierka powoli nabiera kolorów. Obecnie udało mi się dołożyć wszelkiego rodzaju ramki. Miejsca na zbierane przedmioty na dole ,oraz ramka wokół mapy. W lewym górnym rogu umieściłem wizerunek postaci przy którym będą znajdować statystyki takie jak: mana i health. Nieco przyciemniłem otoczenie, a za to dołożyłem światło punktowe przy postaci, co dodaje trochę bardziej mroczny nastrój. Nie jestem jeszcze przekonany co do wyglądu postaci. Najłatwiej byłoby umieścić kamerę tak by wcale nie była widoczna,ale to jeszcze kwestia do rozstrzygnięcia. Wysoko nad głową postaci umieściłem wielką kulę, by postać była widziana na mapie w prawym górnym rogu. Kula jest niewidoczna dla kamery gracza i w niczym nie przeszkadza. Teraz zamierzam zaprojektować parę elementów krajobrazu, jakieś zabudowania itp. Czekam na Wasze pomysły i uwagi. Jeśli ktoś robi podobne projekty chętnie pomogę o ile potrafię:) Pozdrawiam!!!



sobota, 20 lipca 2013

Moja gra w unity 3d.

       Czy marzyliście kiedykolwiek o tym by stworzyć własną grę. Mi zdarza się to dosyć często. Wiele razy zaczynałem jakiś projekt,lecz po pewnym czasie odpuszczałem sobie. Czasem temat mnie nudził, a czasem z perspektywy czasu to co zrobiłem wyglądało po prostu słabiutko. Od pewnego czasu próbuję swoich sił w oparciu o silnik unity 3d, a dodatkowe obiekty wykonuję w blenderze. Nie wiem czy ktoś z Was miał już do czynienia z tymi programami,ale gorąco je polecam. Przede wszystkim oba są za free, a ich obsługa nie należy do najtrudniejszych. Kod do programów można pisać w java script lub c++. Na youtube można znaleźć wiele ciekawych tutoriali. Moim największym marzeniem jest stworzenie typowej gry mmo. Poniżej zamieszczam pierwsze screeny z mojej gierki. Na razie zamiast postaci jest chodzący czopek,ale jest ona jeszcze na etapie tworzenia. Jeśli macie jakieś pomysły lub pytania piszcie. Chętnie służę pomocą.


środa, 17 lipca 2013

Dzień jak codzień.

        Dzisiaj wybrałem się w końcu na rowerek. Wpadłem na ten pomysł już z rańca w robocie. Rowerek przygotowany od prawie miesiąca stał i czekał na ten dzień. Wszystko wyregulowałem tak jak potrafiłem,czyli jako tako. No i start! Ledwo wyjechałem spotkałem na przystanku Ewelcię z pracy. Chwilę z nią pogadałem w oczekiwaniu na autobus. Przyjechał w końcu,a ja ruszyłem dalej. Najpierw z górki i pierwszy test hamulców. Nic nie odpadło jest ok. Przejechałem spory kawał i dotarłem do ścieżki rowerowej. W Gdańsku na szczęście jest ich coraz więcej. Jadę sobie spokojnie, wydawało mi się nawet że niezłym tempem i nagle usłyszałem za sobą jakieś zgrzyty zmienianych przerzutek. Pomyślałem że ktoś chce mnie wyprzedzić i w tej samej chwili jakaś staruszka mnie łyknęła jakbym stał w miejscu. Siedziała na tym rowerze wyprostowana jak na taborecie. Zero aerodynamicznej sylwetki,jak ona osiąga taką prędkość? Trochę mnie to zdołowało, ale nic jadę dalej, w końcu dawno nie jeździłem. Kawałek dalej tramwaje się wykrzaczyły,chyba z siedem już stało. Ale w drodze powrotnej już ich nie było ,pewnie ktoś je spłoszył i zwiały. Dojechałem do deptaka przy plaży. Na dzień dobry uraczył mnie widok dwóch dziewczyn ,które wysiadły z samochodu od razu w kostiumach kąpielowych gotowe do opalania. Na deptaczku zawsze jeździ się przjemnie. Równa i szybka nawierzchnia ,cisza fajne i rześkie powietrza po prostu full wypas. Postanowiłem dojechać do Sopotu, tam walnąć sobie browarka w nagrodę za przejechany kawał drogi i z powrotem. Niebo było niebieskie bez jednej chmurki. Plan zrealizowałem. W samym Sopocie postałem trochę przy fontannie w oczekiwaniu aż wiatr zawieje w moją stronę i woda zrosi trochę moją spoconą skórę. Na molo nie wchodziłem,bo nie chciało mi się płacić. W drodze powrotnej zahaczyłem o knajpkę na obiecanego sobie wcześniej browarka. To było to. Już dawno piwko mi tak nie smakowało. Schłodzone w kufelku po wysiłku fizycznym smakuje najlepiej. Nie mogę powiedzieć,że dodało mi ono sił na dalszą drogę,lecz znacznie poprawiło mi humor i samopoczucie. Potem już tylko droga do domu i tym razem pod górkę,ale dałem radę. Może jutro też się przejadę. Pozdrowienia z Gdańska!!!





Suchar dnia.

Chuck Norris jest tak szybki,że jak biegnie to widzi własne plecy.

czwartek, 11 lipca 2013

Pogromca królów. Rozdział 2.


Rozdział drugi.
Czarna Twierdza.


Trzy wieże wyrastające zza wzgórza wynurzały się z każdym krokiem. Z oddali wydawały się tak cienkie jak trzcina. Miało się wrażenie,że podczas wietrznych dni będą uginać się pod naporem podmuchów. Dopiero w bliższym kontakcie było można ocenić ich ogrom i potęgę. Olbrzymie,masywne mury stanowiły połączenie pomiędzy odległymi wieżami. Miały zadanie obronne,jak i komunikacyjne. W górnej części każdej z wież znajdowały się pomieszczenia dla magów. Na tej wysokości łatwiej było im się porozumiewać między sobą telepatycznie,gdyż żadna inna osoba nie mogła zakłócić tu sygnału. W innych wielkich miastach również pobudowano tak wzniosłe budowle w celu przekazywania informacji,a każdy szanujący się władca utrzymywał paru magów. W ten sposób powstała swoista sieć telekomunikacyjna,a magowie stali się ważną częścią każdego dworu. W Czarnej Twierdzy mieszkało ich sześciu,po dwóch na każdą z trzech wież. Zmieniali się co dwanaście godzin na posterunku,by nie przepuścić żadnej cennej wiadomości. Świat był pogrążony w ogniu wojny i wszystkie komunikaty mogły mieć strategiczne znacznie. Zapadał już zmierzch,a czarne kontury wież zaczęły zatapiać się w ciemność. Jedynie górne izby były oświetlone,co wyglądało jakby unosiły się w powietrzu. W północnej wieży właśnie następowała zmiana warty. Magowie minęli się w przejściu nie otwierając ust. Wszystkie ważne sprawy przekazywali sobie w myślach,jakby ich odrębne mózgi stanów jedność. Taraz posterunek objął starszy i bardziej doświadczony z nich Talagart. Można by rzec,że ów staruszek nie będzie w stanie utrzymać swej czujności na tak długo,były to jednak tylko pozory. Pod starczą powloką tętniło całkiem silne serce wspomagane całą gamą zaklęć wspomagających jego pracę,jak i całego organizmu. Przeciwnik,który nie wygląda groźnie jest najniebezpieczniejszy. To stwierdzenie idealnie opisywało staruszka,w którym drzemała potężna moc. Jego potęgą była wielokrotnie większa niż sądzili inni przez stawał się jescze trudniejszym przeciwnikiem.Talagart podszedł do okna i spojrzał daleko przed siebie. Mimo podeszłego wieku jego wzrok nie stracił zbyt wiele na ostrości. Widok z okna wieży był niesamowity ,lecz i przerażający. Ogromna odległość od ziemi u niektórych wywoływała lęk,a u innych chęć skoku,by choć przez chwilę poczuć się jak ptak. Stary Talagart był przyzwyczajony do widoku otoczenia z tego pułapu,znał go już niemal na pamięć. Mimo to lubił spoglądać na zewnątrz. W pewnej chwili jego ciało drgnęło a na twarzy staruszka dało się dostrzec niekontrolowany grymas. Potem stał przez chwilę nieruchomo,by po chwili odejść od okna i zasiąść przy starym,dębowym stole. Wyjął z szuflady zwój pergaminu i wieczne pióro i począł pisać. Wszystko odbywało się niemal automatycznie. Mag przelewał wszystkie informacje inputowane mu prosto w korę mózgu. Gdy skończył podszedł do sznurka wiszącego obok drzwi i pociągnął go szybko dwa razy. Po paru minutach drzwi pomieszczenia rozwarły się,a w ich progu stanął młody chłopak,może dwunastoletni. Na imię miał Gywen,a jego zadaniem było przenoszenie zapisanych zwojów z wieży do izby lordów na dole. Talagart podał mu ściśle zwinięty pergamin,odwrócił się i ponownie zajął miejsce przy oknie spoglądając w dal. Chłopak bezzwłocznie ruszył w dół po sfatygowanych ze starości krętych schodach. Setki tysięcy wejść i zejść wypolerowało je do tego stopnia,że stały się śliskie i zaokrąglone na krawędziach. Gywen gnał po nich na złamanie karku,znał dobrze każdy kamyk na swej drodze. Zwolnił przed samym wejściem do izby lordów,ponieważ nie chciał wchodzić tam czerwony i zasapany. Po chwili złapania oddechu delikatnie pchnął drzwi przed sobą i niemal bezszelestnie wsunął się do środka. Wielka sala była bardzo skromnie wyposażona. Kopułowy sufit wspierał się na dwóch szeregach kolumn zdobionych u podstawy. Podłoga była zrobiona z marmuru w dwóch różnych odcieniach w ten sposób,że ciemniejszy kolor stanowił jakby chodnik pomiędzy kolumnami a jaśniejszy był wyłożony po ich zewnętrznej stronie. Na sali wyczuwało się  chłód. Wąskie,głęboko osadzone w murze okienka skutecznie hamowały promienie słońca,próbujące wtargnąć do środka. Gywen ruszył do przodu w kierunku przeciwległej ściany,gdzie siedział za stołem zarządca Marius. Wokół niego leżała spiętrzona sterta dokumentów.
 - Jeszcze jedno pismo z góry? - po śmierci starego króla z całego świata spływały kondolencje i zapytania o następcę tronu.
 - Tak panie. - Odparł Gywen nie zwalniając kroku.
Gdy doszedł do celu podał zwój Mariusowi delikatnie się przy tym kłaniając. Ten rzucił okiem na pismo,a następnie odłożył je na jedną z ułożonych stert.
 - Wszyscy mają te same pytania, to już  się stało nudne.
Chłopiec zamierzał już odwrócić się i wrócić do siebie,lecz Marius miał jeszcze coś do przekazania.
 - Jutro stawisz się na placu przy bramie. Wszyscy młodzi mają być przetestowani w swoich zdolnościach. Potrzeba nowych obrońców korony. Bądź jutro z samego rano,jak się wyróżnisz to pożegnasz się ze schodami.
 - Tak panie.
Gywen wykonał parę kroków w tył nim się odwrócił i opuścił salę. Przez chwilę stanął za drzwiami w zadumie,a następnie wrócił do swojej izby przy schodach. Usiadł na łóżku ,zamknął oczy i odpłynął w marzenia.

środa, 26 czerwca 2013

Pogromca królów. Rozdział 1.


Pogromca krolow.

Rozdział 1.

    Las na tym obszarze był dużo bardziej gęsty.Owiany legendami był omijany szerokim łukiem przez pospulstwo, za to stanowił wspaniałą kryjowkę dla wyjętych spod prawa oraz mających inne powody by skryc się przed swiatem. Można by to nazwac swoistą oazą wyklętych lub ostatnim miejscem na ziemi po ktorym czeka już tylko smierc.
    - Kim jestes? - zapytał nieznajomy mężczyzna stojący tylko sto metrow w głąb od sciany stanowiącej początek gęstwiny.
    - A co cię to obchodzi obdartusie. - padła krotka odpowiedz.
    - Bardzo nie ładnie, myslisz że każdy może wejsc do Salazarru.
    - Od kiedy to Salazarr stał się prywatną własnoscią? Słyszałem, że od wiekow jest to ziemia niczyja.
Mężczyzna spojrzał jeszcze raz na przybysza - tak było kiedys, ale czasy się zmieniają. Jesli nie powiesz kim jestes i co masz na sumieniu będziesz  musiał pojsc kierunku z ktorego przyszedłes.
Ciekawe czy jest sam, czy w krzakach lub na drzewach siedzą jego towarzysze czekając tylko na sygnał. - pomyslał intruz.
    - Odpowiesz , czy będziesz tak stał bez słowa - niecierpliwił się strażnik lasu.
    - Mogę powiedziec kim jestem, lecz nie tobie lecz temu, ktory kazał ci tu stac. Nie będę tłumaczył się prostaczkowi.- Przybysz spojrzał z pogardą, by byc bardziej przekonywującym.
    - Hm, jak sobie chcesz ja wolałbym na twoim miejscu uniknąc z nim rozmowy. Pojdziesz z Irvnem i Chezem. Oni cię zaprowadzą lub może zabiją. - usmiechnął się - Pewnie się już nie spotkamy, więc nie muszę wiedziec jak się nazywasz. Po co zasmiecac sobie głowę imionami osoby, ktora zaraz zginie.
W następnej chwili zza drzew wyłonili się dwaj uzbrojeni w łuki mężczyzni. Gdyby nie bron w rękach nie wyglądaliby groznie, choc nawet teraz nie porażali swym wyglądem. Byli niscy o niezbyt mocno rozbudowanych sylwetkach, za to probowali nadrabiac wyrazem twarzy, co przynosiło raczej odwrotny efekt.
    - No to chodz, idziemy - zawołał jeden z nich mierząc z łuku. Jego ruchy nie były zbyt pewne, a głos ktory powiniem brzmiec twardo trochę się załamywał.
    - O widzę, że bawicie się tu w armię, rycerzy i smoki. A może macie też dziewice. Dobra prowadzcie mnie jak chcecie. -  rzekł przybysz widząc, że jego żart  nie przypadł jakos nikomu do gustu.
    Szli w ciszy mijając po drodze setki identycznych drzew. Marsz był dosc szybki, a przewodnicy doskonale znali drogę. Po drodze nie spotkali nikogo, a ni nie natknęli się na żaden slad ludzkiej bytnosci. Wkrotce drzewa lekko się przerzedziły i w oddali można było dostrzec dym z ogniska, a potem z następnego i następnego. Wyglądało na to, że zbliżają się do jakiejs osady. Gdy podeszli bliżej okazało się, że jest to sporej wielkosci wioska tętniąca życiem. Na prawym obrzeżu prymitywnych zabudowan stał nieco większy szałas i to własnie w jego kierunku zmierzali. Przed wejsciem stało dwoch strażnikow. Ci byli zupenie dobrze uzbrojeni i sprawiali wrażenie dobrze wyszkolonych. Byc może w dawnym życiu byli rycerzami lub nawet panami jakichs zamkow.
    - Zaczekaj tu - powiedział Irvin - zobaczę czy dostaniesz szansę pogadac, czy może od razu cię wykonczymy.
Po krotkiej rozmowie ze strażnikami Irvin delikatnie wsliznął się do szałasu. Po chwili wychylił się by kiwnąc głową w kierunku Cheza. Ten zrozumiał to jako zaproszenie do srodka. Pchnął więznia i razem weszli do srodka.
    Na srodku okrągłego pomieszczenia znajdowało się wielkie palenisko. Dawało ono ciepło jak i lekkie swiatło, bez ktorego wewnątrz byłoby zupełnie ciemno. Po drugiej stronie izby siedziało trzech mężczyzn. W rękach trzymali kufle, a po ich wyrazach twarzy można było wywnioskowac, że siedzą tu już od dłuższego czasu a to co piją to z pewnoscią nie woda.
    - Kogo mi znowu przyprowadziliscie. Niedługo więcej będzie tu ludzi niż jeleni. - zwrocił się w kierunku przybyłych starzec siedzący po srodku. Mimo podeszłego wieku i wielu litrow piwa wlanego dzis w gardło był wyprostowany i posiadał skupiony wzrok.
    - Mowi, że będzie mowił tylko z przywodcą. Nie wiem kim jest. - powiedział szybko Irvin.
    - No więc kim jestes ? - zapytał starzec jakby od niechcenia. Chyba nie zbyt ucieszyło go to, że przerwano mu spotkanie z kuflem.
    - Jestem Mark Horn. - obcy czuł, że nie warto w tym momencie prowadzic wojen słownych i lepiej dla niego będzie udzielac odpowiedzi.
    - Nie obchodzi mnie jakie nazwisko zostawił ci w spadku ojciec. Zapytałem kim jestes. Więc odpowiedz kim jestes, przed kim uciekłes do lasu, co potrafisz i czego się boisz? - głos starca był w miarę spokojny, choc stanowczy.
Nadszedł czas kiedy nie można się już cofnąc, a każde słowo może przedłużyc życie lub dac szybką smierc. Mark zdawał sobie sprawę, że dla ludzi mieszkających w lesie życie nie stanowi najwyższej wartosci. Dla większosci z nich łatwiej byłoby go zabic niż wdawac się w rozmowę. Postanowił powiedziec prawdę w koncu każdy z tu siedzących musiał miec cos na sumieniu skoro uciekli do Shalazrru. Kto mogłby go lepiej zrozumiec jak nie oni.
    - Zabiłem wielu ludzi - Mark zaczął bez namysłu - scigają mnie ludzie krola Kryona. - zaczął mowic bez składni - umiem dobrze posługiwac się mieczem, zabiłem krola, to moj ojciec, krol to moj ojciec. Zabiłem go.
    Cheze i Irvin odsunęli się od Marka jakby czuli co ma się zaraz zdarzyc. Wyczuwali gniew starca. Byc może nie chcieli by padły na nich bryzgi krwi z miecza, ktory za chwile mogł dosięgnąc szyi Horna. Tak się jednak nie stało. Byc może opowiedziana historia zaciekawiła starca na tyle by dowiedziec się więcej nim wbije ostrze w ciało.
  - Będą cię szukac nawet tu. To co zrobiłes to nie jest zwykły występek. Możesz sprowadzic na nas nieszczęscie, zresztą już to zrobiłes. Nie mogłes zabic kogos innego lub zgwałcic jakąs dziewkę. Musiałes zabic krola?
    - Zbyt długo na to patrzałem. On miał zbyt wiele krwi  na rękach. Musiałem to zakonczyc. - w tym momenci Horn z rezygnacją opuscił głowę.
    - Musimy go zabic, odrąbac mu głowę i odesłac ją do zamku zanim gwardia wejdzie do lasu. Tylko tak możemy ocalic nasze nędzne żywoty. - stwierdził brodaty mężczyzna siedzący obok starca.
    - Zrobcie co macie do zrobienia. Mi już nie zależy. - mruknął Mark z rezygnacją w głosie. Czuł, że powoli jego los się przesądza i nie znajdzie tu przyjacioł, czy chocby odrobinę zrozumienia.
    - Nie tak prędko, siedzimy po uszy w gownie i jak zaczniemy szybko w nim wierzgac mocniej nas oblepi. Trzeba się zastanowic jak z tego wybrnąc, a może nawet uda nam się cos ugrac na tej sytucji. Przywiążcie go narazie do drzewa niech ochłonie i poczeka na naszą decyzję. Musimy się naradzic , idzcie już. - skinął ręką jakby chciał wszystkich wypchnąc na zewnątrz.
W szałasie pozostali tylko trzej mężczyzni. Przez chwilę milczeli probując poukładac sobie fakty każdy na swoj sposob. Pierwszy zaczął mowic ten, ktory do tej pory siedział cicho.
    - Wierzycie w to co wszyscy słyszelismy, czy tylko mi wydaje się, że w koło unosi się smrod? - zwrocił się do pozostałych nie odwracając wzroku od tlącego się paleniska - Chłopak bredzi albo celowo probuje nas okłamac.
Starzec pociągnął spokojnie duży łyk z kufla - To nie jest żaden z pięciu synow Kryona. Widziałem ich wszystkich kiedys na turnieju w Baturi. Ten nawet nie zbyt przypomina żadnego z nich. - podrapał się w brodę jakby chciał tam znalezc odpowiedz - Ciekawe kto go do nas przysłał i w jakim celu?
Tym razem brodacz podniosł wzrok w kierunku starca.
    - Janis myslisz, że krol naprawdę nie żyje, czy to rownież kłamstwo. Chyba będziemy musieli młodego trochę przycisnąc. Wszystko to bardzo dziwnie wygląda.
    - Myslę, że Kryon ma tylu wrogow, że mogł sobie życzyc tego by na jakis czas o nim zapomniano. Nie czuł się bezpieczny nawet za własnymi murami, wsrod swoich strażnikow. Nie umiał zjednywac sobie przyjacioł. Może jednak warto zagrac w tę grę, co mamy do stracenia poza własnymi skorami. Czy krol żyje czy też nie my powinnismy zrobic to co umiemy najlepiej. Zetnijcie mu łeb i odeslijcie do Czarnej Fortecy.
Nikt z pozostałych nawet nie probował podważyc tej decyzji. Słowo wypowiedziane przez starca miało wsrod obecnych wagę najwyższą. Sędzia i kat, życie lub smierc. W Salazarze nie istniał żaden posredni werdykt.
Wykonanie wyroku miało nastąpic rownie szybko. Janis wstał i ruszył w kierunku wyjscia chwytając po drodze ciężki dwuręczny miecz. Na ostrzu wyryte były jakies inskrypcje, choc już od bardzo dawna nieczytelne. Tysiące cięc i godziny poswiecone na pielęgnację ostrza niemal  całkowicie zatarły wszystkie znaki.
Mimo to samo ostrze wyglądało na bardzo ostre i z pewnoscią skuteczne w rękach wprawionego wojownika.
Na zewnątrz zebrała się już spora grupka gapiow w oczekiwaniu na cos ciekawego. Znudzeni zbyt długim pobytem w lesie mogli liczyc tylko na rozrywkę w postaci tortur lub egzekucji. I tym razem z pewnoscią się nie zawiedli. Janis podszedł bliżej nie patrząc na nikogo. Można było niemal fizycznie odczuc jego wyższosc nad pozostałą watachą. Niemal nie zwalniają kroku zatoczył koło unosząc jednoczesnie miecz oburącz, by w ostatniej chwili zwolnic uscisk lewej dłoni z głowni miecza.
Wszystko wydażyło się tak szybko, że niemal większosc nie zorintowała się co własnie nastąpiło. Wązka strużka owinęła się wokoł szyi Marka Horna a po chwili głowa zsunęła się z karku. Jego ciało runęło bezwładnie, natomiast głowa potoczyła się po grzązkim podłożu oblepiona błotem.
Janis odwrocił się spokojnie, jakby zabił muchę na rękawie, a nie człowieka. Bez pospiechu ruszył w stronę swojego namiotu.
- Trug sprzątnij scierwo, a głowę wrzuc do worka od cebul. Jak skonczysz wybierz sobie dwoch ludzi wez głowę pod pachę i staw się u mnie. Dostaniesz zadanie. - Usmiechął się chytrze i zniknął za kotarą wejsciową.
Zebrany tłum ociężale rozchodził się to swoich zajęc. Przedstawienie się skonczyło. Wyznaczony przez Jania Trug zabrał cię za zakopywanie zwłok. Odciągnąt truchło jakies pięcdziesiąt metrow od osady, gdzie znajdował się już cały szereg innych kopcow. Stanowiło to cos przyominającego swoisty cmentarz. Swoje zadanie Trug starał się wykonac szybko, choc na jego twarz łatwo było dostrzec nutkę niezadowolenia. Mruczał przy tym, jakby ganił sam siebie za ciekawosc, ktora zesłała na niego dodatkową robotę. Gdyby został trochę z tyłu byc może zaszczyt grzebania trupa przpadłby komu innemu.
 Gdy skonczył ruszył z powrotem mokry od potu. Po drodze zgarnął dwoch młodzianow leżących w cieniu rozłorzystego dębu. - Pojdziecie ze mną! - warknął Trug. Nieco zaskoczeni młodziency ruszyli za nim. Wyglądali jak dwa znaki zapytania kompletnie nie wiedząc dokąd i w jakim celu zmierzają. Wkrótce dotarli na plac z rozłożystym namiotem. Trug polecił pozostałym pozostać na zewnątrz, natomiast sam wszedł do środka. - Jestem. - oznajmił - Zrobiłem wszystko jak kazałeś. Co dalej? Janis spojrzał przed siebie i zaczął powoli. - Teraz ruszysz do Czarnej Twierdzy i zawieziesz tam głowę. Weźmiesz ze sobą dwóch ludzi do eskorty i towarzystwa. - Komu ją przekazać? - Nie wiem kto tam teraz rządzi, dlatego najbezpieczniej będzie oddać ją doradcy Wangowi. Królowie się zmieniają, jedynie jego pozycja zostaje niezachwiana. Będzie wiedział co zrobić. Postaraj się przekazać głowę osobiście. Nie chcę żeby gdzieś przepadła lub dostała się w niepowołane łapy. - Zrobię jak każesz. Spakuję prowiant i zaraz ruszę. Czy to wszystko? - Tak, możesz odejść. Trug obrócił się na pięcie i spiesznie opuścił namiot. Nie był zadowolony z przyznanej misji,ale Janisowi się nie odmawia. Zgarnął po drodze czekających na zewnątrz młodzianów i rozkazał im przygotować konie. Sam poszedł się przygotować do podroży. Za pół godziny byli już gotowi do drogi. Powoli i bez słowa ruszyli przed siebie.